Huhuhu, od czego by tu zacząć? Od początku? OK.
Wylądowałam w Hesji. Pagórki, lasy, spokój, cisza. Cudo.
Po dosyć nieoczekiwanym zgraniu grafików, udało mi się
odwiedzić moją znajomą w Heringen, pęcherzyku płucnym najzdrowszych terenów
Niemiec.
To był niesamowity weekend. I nieco surrealistyczny,
ponieważ:
a)
Wybrałam się do znajomej, pakując się do auta kompletnie obcego
człowieka, z którym umówiłam się na wyprawę przez Internet
b)
Znajomej nie widziałam nigdy na żywo ;-)
Zawiłe? Już wyjaśniam.
W 2010 roku, dzięki YouTube, rozpoczęła się interesująca
korespondencja mailowa z bardzo sympatyczną istotą, która obecnie mieszka w
Niemczech, dlatego, gdy okazało się, że wysyłają mnie do sąsiadów, od razu
pomyślałam, że fajnie byłoby się spotkać w „realu”.
W tym miejscu będę uprzejma pozdrowić serdecznie Blizia, z
którym również nić porozumienia zawiązaliśmy poprzez You Tube ;-)
W Niemczech, podobnie jak w Anglii, podróżowanie koleją to
całkiem spory wydatek. A spore wydatki sprawiają, że ludzie zaczynają korzystać
z alternatywnych opcji podróżowania. I taką właśnie opcję podsunęła mi Karina (którą
za pierwszym razem byłam uprzejma zignorować podczas poszukiwań. Dobrze, że
Karina nie odpuściła :D).
W tym miejscu pozdrawiam zaś Jacentego ze stolicy i Mamę
Karinę ze Śląska :-)
Kierowcy samochodów rejestrują się na stronie internetowej i
podają szczegóły trasy, godzinę i miejsce odjazdu/przyjazdu, model auta, cenę za przejazd itd. Zainteresowani
podróżą dzwonią lub piszą i zabierają się z kierowcą, płacąc ustaloną stawkę. Taka
podróż jest zdecydowanie tańsza i nawet całkiem wygodna.
Wysłałam kilka maili do ludzi, jadących zarówno w jedną, jak
i w drugą stronę. Z sześciu osób, tylko jeden miał wolne miejsce. Ustaliłam szczegóły, kupiłam bilet na pociąg na powrót i w
piątek po pracy czekałam pod dworcem na Martina. Nie ukrywam, trochę się
cykałam, zwłaszcza, że koledzy, po usłyszeniu, co zamierzam zrobić, od razu
zaczęli dzielić się dobrymi radami, gdzie najlepiej trzymać gaz pieprzowy/nóż i
w co dźgać na wypadek nagłego ataku.
Martin okazał się bardzo sympatycznym studentem. Niestety,
ani on, ani Stefan, który wyruszył z nami spod dworca, nie przejawiali chęci
komunikowania się ze mną po angielsku, więc „szprechali” sobie w najlepsze, a
ja stwierdziłam, że nie będę im się wtrącać, więc zadzwoniłam na chwilę do
męża, żeby powiedzieć, że jestem cała, zdrowa i jadę.
Kiedy skończyłam, Martin zapytał mnie po angielsku, czy
pochodzę z Polski. Potwierdziłam i od razu zagaiłam, że w sumie jego nazwisko
bardziej przypomina polskie, niż niemieckie. I Martin zagadał po śląsku ;-)
Mówiłam już, że świat jest mały?
Po chwili dosiadła się jeszcze jedna pasażerka, znowu
niemiecki wybił się na pierwszy plan, więc dyskretnie odpłynęłam do krainy
snów.
Przespałam większość drogi, takim zaufaniem obdarzyłam
kompletnie obcych ludzi!
Martin wysadził mnie w Kassel, a tam przejęła mnie Karina.
Myślałam, że przejażdżka z Martinem była niezłą przygodą,
ale nieee, ale nieee…. Przygoda dopiero się zaczęła ;-)
Karina odkryła przede mną uroki jej okolic, a ja z
przyjemnością dzielę się nimi z Wami.
Część I - Sobota: Bad Hersfeld, czyli "odchamiamy się" pełną
gębą :-)
Karina wraz ze swoją uroczą córcią zabrały mnie do Królestwa
Słów – interaktywnego centrum nieoczywistości w Bad Hersfeld (na marginesie - "bad" po niemiecku to kąpielisko, można to jednak też uznać za swoistą Kudowę Zdrój)
Spędziłyśmy 3 godziny na intelektualnej rozrywce, poznając
techniki komunikacji i odkrywając uroki języków przeróżnych. Twórcy tego
centrum w dosyć nietypowy sposób podeszli do tematu, począwszy od skrótów
używanych w mailach/SMS-ach, a na zapachach kończąc.
W poszukiwaniu utraconego rozumu...
Najbardziej utkwił mi w pamięci komputer, dzięki któremu
osoby sparaliżowane mogą wyrażać swoje myśli za pomocą ruchu gałek ocznych. W
skrócie – pisałam oczami!
Śmieszna też była aplikacja, która upodabniała Twoją twarz
do przedstawicieli różnych ras.
Przy okazji wędrówki po owym Królestwie, odkryłam pewną
umiejętność: rozumienia języka niemieckiego w wykonaniu Polki i Rosjanki :D Gdy
Pani Maria zapytała, czy mówić do mnie po rosyjsku, czy po niemiecku, pierwsza
moja myśl była „pewnie, że po rosyjsku!”, ale po chwili uświadomiłam sobie, że
pamiętam dosłownie kilka słów z rosyjskiego i skoro jestem w Niemczech, to
niech mówi po niemiecku, najwyżej Karina mnie wesprze. To dziwne, ale gdy
Karina rozmawiała z naszą swoistą Opiekunką, rozumiałam praktycznie większość.
Niestety, kompletnie nie potrafię sklecić zdania po niemiecku i mogłam tylko
odpowiadać „pełnym zdaniem”: „Ja”, „Nein” i „Danke”.
„Prawdziwi” Niemcy mówią tyloma dialektami i w tak dziwny
dla mnie sposób, że w tym przypadku moje uszy są bezradne, a wyobraźnia zbyt
leniwa, żeby próbować z tego coś zrozumieć. Ot, taka dziwna przypadłość.
Po spacerze pod dachem, ruszyłyśmy na podbój zimy na
zewnątrz, by zaczerpnąc uzdrawiającego powietrza. Od razu muszę zaznaczyć, że jest ogromna różnica pomiędzy zimą w Dus,
a zimą w Hessen i okolicach. Tutaj to naprawdę śnieży i mrozi, a nie takie tam
pitu pitu…
Może dlatego spacer był krótki, acz intensywny... :-)
Najbardziej zachwyciły mnie domy z tak zwanym "murem pruskim". Tata Kariny trochę mi o nich opowiedział, ale szczegóły w drugiej części :)
W tym miejscu odbywa się festiwal teatralny - widziałam zdjęcia z takiej imprezy i muszę przyznać, że ma to swój klimat... Z przyjemnością wybrałabym się na taki spektakl w ruinach...
Z tym pomnikiem wiąże się ciekawa historia. Widzicie wieżę kościoła/katedry? Otóż, jeśli dobrze pamiętam opowieść, ten budynek kiedyś płonął i wszyscy mieszkańcy rzucili się do pomocy. Jakiś czas później mieszkańcy znowu zauważyli dym, więc zorganizowali się czym prędzej i z wiadrami pełnymi wody pobiegli w stronę kościoła. Gdy jednak dotarli na miejsce, okazało się, że to, co uznali za dym, było tak naprawdę potężną chmarą... komarów. I ten pomnik upamiętnia właśnie to wydarzenie.
Czyż ten domek nie jest uroczo krzywy? :)
Rondo w Bad Hersfeld. Te "baloniki" to ręcznie zdobione klosze. Cudo!
To była naprawdę intensywna sobota, a czekała nas jeszcze niedziela...