czwartek, 10 stycznia 2013

Donnerstag



Gołębie to pestka. 
Od trzech dni, równo 0 7:30 rozpoczyna się poranny koncert na wiertarkę i młotek…  Dobrze, że o tej porze jestem już na nogach, bo bym się zapłakała.

Dzisiaj za to prawie popłakałam się na stołówce – zapłaciłam prawie 9 euro za kotleta z makaronem i sosem! A, i jeszcze z rukolą, więc może dlatego tak dużo. 

 Kotlet był bardzo... jajeczny i podany od razu w wersji przekrojonej.



Aż zatęskniłam za bezsmakowym jedzeniem w Anglii za 3 funty…

W drodze do kasy mijałam zakątek z deserami. Obok porcji wiśniowego musu posypanego wiórkami czekoladowymi, leżało coś takiego:





Wujek Gugel podpowiedział, że to sałatka z soczewicy z marynowanym boczkiem... Ciekawe...


Dzisiaj za oknem po raz pierwszy od przylotu było naprawdę pięknie i słonecznie. Aż nie chciało się siedzieć w biurze…  Szkoda, że po wyjściu jest już ciemno i zimno… Nic, tylko schować się pod kołdrę. Postanowiłam spędzić weekend na wędrowaniu po Dus, więc na razie można powiedzieć, że zbieram siły. Po pracy zrobiłam tylko zakupy i spędziłam chyba z pół godziny, żeby znaleźć jakąś pocztę (to nic, że po wyjściu z dworca głównego idzie się centralnie w kierunku ogroooomneeego budynku poczty... Iza zrobiła sobie rundkę po całym dworcu, żeby w końcu zrezygnowana ruszyć w stronę hotelu i zupełnym przypadkiem natknąć się na ten budynek od zupełnie innej strony... Brawo Iza, brawo... ). Przy okazji odkryłam inspirujący zakamarek, ale pokażę Wam go, jak trafię tam za dnia.


Wyznam Wam w sekrecie, że tym razem w podróż służbową zabrałam książkę do nauki języków obcych (5 w jednym), z myślą o rozpoczęciu (w końcu i na serio! ) nauki hiszpańskiego, doszlifowaniu angielskiego i ogarnięciu jako tako niemieckiego, tak na wszelki wypadek.


Jeszcze ani razu jej nie otworzyłam…
Za to „szprecham” na co dzień, wplatając  do moich angielskich wypowiedzi słówka, które w liceum wbiła mi skutecznie do głowy Frau Czajka i szkolę się w … rumuńskim. Jak już wspomniałam, moim mentorem jest Ovidiu, więc od czasu do czasu podpytuję go, jak co powiedzieć w jego ojczystym języku. Na ten moment rumuński brzmi dla mnie jak mieszanka portugalskiego z rosyjskim, ale pewnie jak się bardziej osłucham, to stwierdzę, że przypomina mi zupełnie coś innego.

Przy okazji, ciekawostka lingwistyczna – jeden z tutejszych pracowników ma taką rodzinną tradycję, że każdy dzień tygodnia to dzień innego języka i wszyscy domownicy porozumiewają się tylko w tym języku. Angielskie poniedziałki, francuskie wtorki, hiszpańskie środy…  Świetna sprawa. Z całego serca zazdroszczę…  Od razu sobie pomyślałam o niesamowitym potencjale każdego człowieka i jak wielkim leniem jestem… 

A propos lenistwa - napisałam się, więc czas odpocząć :)

Bis später! 




 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz