No i pojechaliśmy…
Minus miliard na zewnątrz, mroźny wiatr, ale my się nie
daliśmy. Zresztą, korespondentka miała
spędzać czas za granicą intensywnie, więc postanowiła wytrwać w postanowieniu.
Belgia nagrodziła mnie pięknymi widokami i słodyczą, nie tylko miejsc.
Przystanek pierwszy – Gent, znane również jako Gandawa.
Widok na panoramę miasta z zamku.
Wszędzie stałe przypięte rowery, w ten czy inny
sposób…
Mimo, że miasto średniowieczne, całkiem nieźle nadąża za
współczesnością:
I jak tu się nie czuć dobrze w kraju, gdzie narodziły się
frytki i gofry, a czekolada gra pierwsze skrzypce?
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie załapała się na
specjalność „zakładu”, czyli gofra belgijskiego – pycha!
Gorący, mięciutki, a do tego nieziemsko słodki sam w sobie. Czekolada i bita śmietana
mogły się wydać „niedosłodzone” w porównaniu z ciastem, które robione jest
chyba z dodatkiem syropu klonowego albo miodu…
Zjedliśmy obiad w jednej z restauracyjek (obowiązkowo każdy zjadł m.in. frytki ) i ruszyliśmy w dalszą podróż.
Przystanek drugi – Antwerpia
Miasto zdecydowanie większe i bardziej współczesne niż Gent, ale my skupiliśmy się tylko na starym mieście i wizycie nad wodą, bo mróz, chcąc nie chcąc, trochę dokuczał.
Bardzo się cieszę, że wycieczka doszła do skutku i że pomimo aury pogodowej, udało się zobaczyć te piękne miejsca...




















powiem tylko: WOW. Miasta wyglądają pięknie, te budynki...no nic tylko WOW :) Kami
OdpowiedzUsuń