poniedziałek, 21 stycznia 2013

Belgia




No i pojechaliśmy…
Minus miliard na zewnątrz, mroźny wiatr, ale my się nie daliśmy.  Zresztą, korespondentka miała spędzać czas za granicą intensywnie, więc postanowiła wytrwać w postanowieniu. Belgia nagrodziła mnie pięknymi widokami i słodyczą, nie tylko miejsc.

Przystanek pierwszy – Gent, znane również jako Gandawa.
 
Piękne, malownicze, średniowieczne miasteczko, które koniecznie trzeba zobaczyć! Cudne, malutkie uliczki, pięknie zachowany zamek, zadbane kamienice i zupełnie inny rytm życia. Złapałam się na tym, że mknęłam przez miasto jak błyskawica, a ludzie dookoła spacerowali bez pośpiechu. Spokój, totalny spokój.







 Widok na panoramę miasta z zamku.






Wszędzie stałe przypięte rowery, w ten czy inny sposób…



Mimo, że miasto średniowieczne, całkiem nieźle nadąża za współczesnością:





I jak tu się nie czuć dobrze w kraju, gdzie narodziły się frytki i gofry, a czekolada gra pierwsze skrzypce? 
 Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie załapała się na specjalność „zakładu”, czyli gofra belgijskiego – pycha! 






Gorący, mięciutki, a do tego nieziemsko  słodki sam w sobie. Czekolada i bita śmietana mogły się wydać „niedosłodzone” w porównaniu z ciastem, które robione jest chyba z dodatkiem syropu klonowego albo miodu… 

Zjedliśmy obiad w jednej z restauracyjek (obowiązkowo każdy zjadł m.in. frytki ) i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Przystanek drugi – Antwerpia
 
Miasto zdecydowanie większe i bardziej współczesne niż Gent, ale my skupiliśmy się tylko na starym mieście i wizycie nad wodą, bo mróz, chcąc nie chcąc, trochę dokuczał.










Bardzo się cieszę, że wycieczka doszła do skutku i że pomimo aury pogodowej, udało się zobaczyć te piękne miejsca...





1 komentarz:

  1. powiem tylko: WOW. Miasta wyglądają pięknie, te budynki...no nic tylko WOW :) Kami

    OdpowiedzUsuń