Jestem… padnięta.
Właśnie wyszłam z hotelowej wanny i doczołgałam się do
łóżka.
To był długi dzień… W
sumie to można go nazwać Dniem Zaskoczeń.
Pierwszym zaskoczeniem był śnieg. Wiem, jest zima, ale po iście
„wielkanocnym” Bożym Narodzeniu i Sylwestrze w wiosenno-jesiennej aurze, biały
puch mnie zdziwił.
Drugie zaskoczenie i swoiste wyrwanie mnie z transu myślenia
o podróży nastąpiło w momencie, gdy próbowałam przejść przez zamknięte drzwi do
Biedronki. Spotkanie z szybą przywróciło mnie do rzeczywistości i przypomniało,
że dzisiaj Trzech Króli. W sumie już ta cisza na osiedlu i samotnie hasający
wśród śniegu pies (choć do krajobrazu pasowałby bardziej ten śmieszny kołtun,
co przemyka przez Dziki Zachód) powinny mnie wcześniej naprowadzić na trop…
Trzecim zaskoczeniem było spotkanie z przyjacielem mym
Jacosławem (tak, tak, to jest zaskoczenie, Mości Panie, bo przez chwilę
pomyślałam, że jednak nie uda nam się spotkać i pomacham Ci tylko zza szybki
odpraw osobistych :P ), które zostało upamiętnione „słit fociami” pod
lotniskową choinką.
Czwartym zaskoczeniem okazał się samolot, który nas tu „przyleciał”.
Tak klaustrofobicznym samolocikiem to ja nigdy przedtem nie leciałam. W środku,
według obliczeń Tatusia Waldusia, było nie więcej niż 80 osób. Wąsko, ciasno,
ale za to żarełko i picie w cenie biletu.
Za piątym razem zaskoczył mnie brak kontroli paszportów i
dowodów osobistych. Pierwszy raz po wyjściu z samolotu i odebraniu bagażu
mogłam od razu kierować się do wyjścia. Strefa Schengen, bejbe ;) Do tego
jeszcze zdziwiłam się, że większość oznaczeń na lotnisku w Dusseldorfie jest po
niemiecku, angielsku i… koreańsku/ewentualnie chińsku. Podzieliłam się tym z
kolegą i dowiedziałam się, że ostatnio jak tu był, też go zaintrygowały te
tabliczki i zapytał pracownika lotniska, skąd takie, a nie inne oznaczenia.
Dowiedział się, że jest to ukłon w stronę azjatyckich biznesmenów, którzy
tłumnie i radośnie inwestują w Duss.
Szóstym i ostatnim zaskoczeniem tego dnia okazał się… brak
czajnika w pokoju hotelowym. Mam wypasiony sejf w szafie, a czajniku ni huhu. Dobrze, że zostało mi trochę picia z podróży i
owoce, to jakoś do rana powinnam przetrwać. Pokój natomiast, sam w sobie, jest
całkiem przytulny, choć z widokiem na… klatkę schodową.
Retro szafa, retro łóżko, a na łóżku...
Haribo, które wygląda na zdjęciu jak Harido ;) Szkoda, że nie jak Czajnik...
Miasta jeszcze nie widziałam, bo wylądowałam o 22:00, a o
23:00 dotarłam do hotelu. Sama jazda taksówką trwała 10-15 minut, ale długo
czekałam na odebranie swojego bagażu. Na razie, z mroku, wyłaniały się drzewa i
nowoczesne biurowce.
I chyba tego mroku nie oswoję przed weekendem, bo
dowiedziałam się, że tutaj chodzi się do pracy na 9:00, a wraca o 17:30.
Zapomniałam, że mamy zimę i dni krótkie, czyli kompletnie inaczej, niż podczas
pobytu w Anglii, więc moje ambitne plany eksplorowania miasta i okolic mogą
okazać się nieco okrojone . Miejmy jednak nadzieję, że sprawozdawczyni otrzyma
błogosławieństwo od Mężulka na łażenie wieczorami po mieście, by móc oswoić
nową, tym razem niemiecką przestrzeń i swoimi wrażeniami podzielić się z Wami.
Gute Nacht!



No to, Herzlich Willkomen, Frau IzaaufKoffer na niemieckiej ziemi... ze tak sobie pozwole w imieniu zagranicznego ogolu powitac krajanke :)
OdpowiedzUsuńKarina
Danke, danke, Karina :)
UsuńDzisiaj poznałam Roberta, Ślązaka, który mieszka tu już od ćwierć wieku. Trochę dłużej, niż miał okazję pobyć w Polsce...
Ściskam ciepło!
IzaaufKoffer :)