poniedziałek, 7 stycznia 2013

Dzień Zaskoczeń



Jestem… padnięta.

Właśnie wyszłam z hotelowej wanny i doczołgałam się do łóżka. 


To był długi dzień…  W sumie to można go nazwać Dniem Zaskoczeń.


Pierwszym zaskoczeniem był śnieg. Wiem, jest zima, ale po iście „wielkanocnym” Bożym Narodzeniu i Sylwestrze w wiosenno-jesiennej aurze, biały puch mnie zdziwił.


Drugie zaskoczenie i swoiste wyrwanie mnie z transu myślenia o podróży nastąpiło w momencie, gdy próbowałam przejść przez zamknięte drzwi do Biedronki. Spotkanie z szybą przywróciło mnie do rzeczywistości i przypomniało, że dzisiaj Trzech Króli. W sumie już ta cisza na osiedlu i samotnie hasający wśród śniegu pies (choć do krajobrazu pasowałby bardziej ten śmieszny kołtun, co przemyka przez Dziki Zachód) powinny mnie wcześniej naprowadzić na trop…


Trzecim zaskoczeniem było spotkanie z przyjacielem mym Jacosławem (tak, tak, to jest zaskoczenie, Mości Panie, bo przez chwilę pomyślałam, że jednak nie uda nam się spotkać i pomacham Ci tylko zza szybki odpraw osobistych :P ), które zostało upamiętnione „słit fociami” pod lotniskową choinką.






Czwartym zaskoczeniem okazał się samolot, który nas tu „przyleciał”. Tak klaustrofobicznym samolocikiem to ja nigdy przedtem nie leciałam. W środku, według obliczeń Tatusia Waldusia, było nie więcej niż 80 osób. Wąsko, ciasno, ale za to żarełko i picie w cenie biletu.

Za piątym razem zaskoczył mnie brak kontroli paszportów i dowodów osobistych. Pierwszy raz po wyjściu z samolotu i odebraniu bagażu mogłam od razu kierować się do wyjścia. Strefa Schengen, bejbe ;) Do tego jeszcze zdziwiłam się, że większość oznaczeń na lotnisku w Dusseldorfie jest po niemiecku, angielsku i… koreańsku/ewentualnie chińsku. Podzieliłam się tym z kolegą i dowiedziałam się, że ostatnio jak tu był, też go zaintrygowały te tabliczki i zapytał pracownika lotniska, skąd takie, a nie inne oznaczenia. Dowiedział się, że jest to ukłon w stronę azjatyckich biznesmenów, którzy tłumnie i radośnie inwestują w Duss.


Szóstym i ostatnim zaskoczeniem tego dnia okazał się… brak czajnika w pokoju hotelowym. Mam wypasiony sejf w szafie, a czajniku ni huhu.  Dobrze, że zostało mi trochę picia z podróży i owoce, to jakoś do rana powinnam przetrwać. Pokój natomiast, sam w sobie, jest całkiem przytulny, choć z widokiem na… klatkę schodową. 

Retro szafa, retro łóżko, a na łóżku...

Haribo, które wygląda na zdjęciu jak Harido ;) Szkoda, że nie jak Czajnik...



Miasta jeszcze nie widziałam, bo wylądowałam o 22:00, a o 23:00 dotarłam do hotelu. Sama jazda taksówką trwała 10-15 minut, ale długo czekałam na odebranie swojego bagażu. Na razie, z mroku, wyłaniały się drzewa i nowoczesne biurowce.

I chyba tego mroku nie oswoję przed weekendem, bo dowiedziałam się, że tutaj chodzi się do pracy na 9:00, a wraca o 17:30. Zapomniałam, że mamy zimę i dni krótkie, czyli kompletnie inaczej, niż podczas pobytu w Anglii, więc moje ambitne plany eksplorowania miasta i okolic mogą okazać się nieco okrojone . Miejmy jednak nadzieję, że sprawozdawczyni otrzyma błogosławieństwo od Mężulka na łażenie wieczorami po mieście, by móc oswoić nową, tym razem niemiecką przestrzeń i swoimi wrażeniami podzielić się z Wami. 


Gute Nacht!

2 komentarze:

  1. No to, Herzlich Willkomen, Frau IzaaufKoffer na niemieckiej ziemi... ze tak sobie pozwole w imieniu zagranicznego ogolu powitac krajanke :)
    Karina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Danke, danke, Karina :)

      Dzisiaj poznałam Roberta, Ślązaka, który mieszka tu już od ćwierć wieku. Trochę dłużej, niż miał okazję pobyć w Polsce...

      Ściskam ciepło!


      IzaaufKoffer :)

      Usuń