środa, 30 stycznia 2013

Kraina Kariny, część II



Zanim przejdę do niedzielnej opowieści, zagadka.
 
Co to jest?



Ano góra. Niby nic, a jednak. To jest Monte Kali. Sztuczna góra usypana z… odpadów solnych. Jeśli wklepiecie sobie „Heringen” w gogle maps, na pewno nie umknie Waszej uwadze duża biała „plama”.
Monte Kali stanowi dla mieszkańców Heringen swoisty barometr. Latem, w ładny dzień jest biała i się skrzy, a kiedy nadchodzi załamanie pogody, zmienia się w czarną, ponurą górę.
W niedzielę Karina zabrała mnie do Rotenburg an der Fulda.





 regał miejski w niebanalnym wydaniu





Urzekło mnie to miasteczko. Totalnie.
 Wszędzie urocze domy z charakterystycznym „murem pruskim”. W Niemczech mówi się na to fachwerk Haus, a w Polsce można się spotkać także z określeniem  „szachulec” lub „fachówka” (dzięki Tato!).
W drodze do Bebry na pociąg powrotny, Tata Kariny opowiedział mi nieco o tej „fachówce”.
Jak pewnie zauważyliście, niektórym domom sporo brakuje do pionu. Po tym właśnie można było poznać, czy właściciel był bogaty, czy biedny. Im bogatszy właściciel, tym lepsze materiały były używane i dom był bardziej równy.
W dodatku, w tamtych czasach również płacono za grunt, na którym stawiano dom. Bardziej kreatywni, budowali  więc piętrowe domy, zwiększając nieco powierzchnię każdego piętra.  Jak się przyjrzycie zdjęciom, to zauważycie, że niektóre budynki wręcz „kłaniają się” ulicom.
Pierwsze wzmianki  o Rotenburgu pochodzą z 769 roku, a domy, które widzicie, bardzo często miały na frontach daty z wieku XVI lub XVII. Byłam pod wrażeniem, jak postarano się o odświeżenie większości z nich. Ciekawostka znaleziona w Internecie na temat tego miasteczka: zaraz po II wojnie światowej nastąpił duży napływ uchodźców z Prus Wschodnich, Sudetów oraz Górnego i Dolnego Śląska.
Rotenburg jednak zasłynął całkiem niedawno w sposób dosyć kontrowersyjny. W 2001 roku mieszkaniec Rotenburga znalazł przez Internet mężczyznę, który dobrowolnie dał się zabić i zjeść.
Dzięki Karina, teraz rozumiem ukryte znaczenie tej wyprawy :D


Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy... I nie wiedzieć, kiedy, nastąpił niedzielny wieczór i trzeba było ładować się do pociągu powrotnego.
Pełna wrażeń i pozytywnych emocji powróciłam na łono Dusseldorfu, by odkryć ze zdumieniem, że podczas mojej nieobecności... zawitała wiosna :) Ko, ko, kochana Karino i kochani Czytelnicy, nie chcę Was "pocieszać", ale na przykład na dzisiaj zapowiadają tutaj.... 14 stopni na plusie....

Miłego dnia!


1 komentarz:

  1. ... ale latem to wszystko wygladaloby jednak o wiele ladniej ;)
    K.

    OdpowiedzUsuń