Pierdzielone gołębie. Od piątej rano budziły mnie „słodkie”
gruchania i odgłos hamującego tramwaju. Moja kochana studnia dała mi trochę
popalić, nie ma co.
Ostatecznie poddałam się i już przed 7:00 opuściłam ciepłe
łóżeczko i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia.
O 8:15 ruszyliśmy z kolegą Pawłem (który jest w tym samym
hotelu) w naszą i pierwszą, i samodzielną podróż do pracy. Reszta ekipy (około
dziesięciu osób) mieszka w jednej kamienicy trzy przystanki od nas, więc
umówiliśmy się już pod budynkiem biura, żeby się nie szukać po drodze w U-Bahnie.
Pierwsze zdziwienie: „Jej,
jak ciemno!”. Niby już dawno po 8:00, a tu nadal ledwo co widać. Drugie
zdziwienie: „Jej, jak ciepło!”. Nie wiem, czy już wspominałam, ale nie ma tu
ani grama śniegu. Temperatura musiała dzisiaj krążyć w okolicach +10C.
Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy schodami ruchomymi w dół,
gdzie jeździ pół-metro, pół-tramwaj. Przypomina mi to kolejkę w Oslo, która
rusza z podziemi i dociera praktycznie pod samą skocznię Holmenkollen. Po
krótkiej konsternacji udało nam się ustalić, w którą stronę powinniśmy jechać.
10 przystanków później było już jasno. Poczekaliśmy na
resztę i ruszyliśmy na podbój biura klienta. Zdziwiło mnie lekko, że ludzie,
którzy wypadli z U-Bahna biegną wręcz w stronę biurowca. Spojrzałam na zegarek,
ujrzałam 8:55 i pomyślałam, że pewnie chcą być punktualnie o 9:00. Czyli jednak
coś jest w opowieściach o „porządnych Niemcach”!
O tym, jak bardzo się myliłam, dowiedziałam się pół godziny
później, gdy udało mi się w końcu otrzymać w recepcji „visitor pass” z
przekręconym nazwiskiem i z miną, niczym gwiazda z jakiegoś kiepskiego
filmu dla dorosłych :D
Pamiętacie sielskie zdjęcia z Anglii? Budynek, w którym
pracowałam, był specjalnie zaadaptowaną fabryką, z widokiem na park i wzgórza.
Teraz mam do czynienia z totalnym przeciwieństwem. Witamy w prawdziwym
świecie biznesu…
Przy okazji wyjaśniło się, skąd ten poranny pośpiech…Budynek,
do którego trafiliśmy, dopiero co przyjął do swojego wnętrza tych wszystkich
ludzi, choć tak naprawdę nie był na to gotowy. Cały czas trwają w nim prace
remontowe i część pomieszczeń jest niedostępna, więc działa tu zasada „kto
pierwszy, ten lepszy, a kto lubi pospać, będzie sobie musiał poszukać biurka na
jakimś innym piętrze”. Nie można nawet zostawić sobie kartki z informacją „hej,
to jest moje miejsce”, o nie. Każdego dnia wyścig zaczyna się od nowa.
Słyszałam przed wyjazdem, że 80% ludzi pracuje w biurze, a kto nie złapie
biurka, musi pracować z domu, ale odebrałam to jako żarcik. A tu proszę, jednak
nie do końca…
Dziwne.
A nie, przepraszam, „dziwne” to dopiero się miało miejsce,
gdy poszłam do kuchni. Dwa dziwne krany, jakieś znaczki, napisy… Kolega odkręcił kran i mówi: „Tak leci zwykła
woda, a jak przekręcisz tak – gazowana”. Z kranu leci gazowana woda, łooo ! Poczułam
się jak mała dziewczynka, która wybrała się do wielkiego, szalonego miasta z
przyszłości. Z drugiego kranu leci natomiast wrzątek, taki do picia. Łooooooo! ;)
Natomiast na jednej z damskich toalet znalazłam takie oto oznaczenie:
Na pierwszy obiad w Niemczech otrzymałam… turecką pizzę.
Ciekawe, dlaczego akurat turecką… ;)
Dzień w pracy minął spokojnie. Poznałam resztę teamu, z
którym mam pracować i zapoznałam się aplikacją. Trochę irytowało mnie ciągłe
logowanie się do Internetu (trzeba było to robić średnio co 15 minut), ale poza
tym, było bardzo miło.
A po pracy… Po pracy ruszyliśmy na przystanek. A tam…
I wszyscy czekali na to samo! A jak już się doczekali i
wsiedli (my zrezygnowaliśmy z tłoku), to nie ruszyli, bo przy jednych z drzwi popsuło
się chowanie schodów. Na szczęście dwóch panów wspólnymi siłami pokonało ułomną
technologię własnymi rękami i U-Bahn pojechał, a my drugim za nim. Cel:
supermarket. Koledzy podpowiedzieli, że jest jeden fajnie zaopatrzony na
Altstadt, czyli tam, gdzie mieszkają, więc wysiadłam z nimi. A jak już
wysiadłam, to nie chciało mi się wracać…
Zrobiłam zakupy, wrzuciłam je do mieszkania kolegów i
wybrałam się na samotny spacer nad rzekę, podziwiając jednocześnie uliczki i
budynki Altstadt.
Altstadt, czyli Stare Miasto kompletnie mnie oczarowało.
Mogłabym spacerować tam godzinami (i w sumie tyle bym spacerowała, bo się
zgubiłam :D Na szczęście, w momencie, gdy powoli zaczęła mnie ogarniać panika,
zauważyłam znajomą uliczkę). Musiałam co chwilę sobie przypominać, że jest
styczeń, bo w Duss chyba kompletnie o tym zapomnieli. Wszędzie wystawiono
stoliki na zewnątrz, zorganizowano ogródki piwne i ludzie popijali sobie trunki
na świeżym powietrzu. Zauważyłam, że dużo takich ogródków składało się tylko i
wyłącznie ze stołów, wyższych, niż normalnie, imitujących barową ladę i ludzie
oparci o taki stolik pili piwo na stojąco.
Przez chwilę poczułam się jak w Leeds z lekką namiastką Yorku. Cisza, spokój… Poczułam, że moja głowa trochę odpoczywa, a
dusza, zmęczona ostatnim czasem, nieco się regeneruje.
Do tego w hotelu czekała na mnie niespodzianka. Udało mi się
załatwić czajnik do pokoju! Ba! Dostałam nawet szklankę! Zwycięstwo! Chyba
dawno tak się nie ucieszyłam z takiej pierdoły. Z tej radości zrobiłam sobie aż
dwie herbaty naraz, a co :D
A teraz czas na odpoczynek w pozycji horyzontalnej... Küsse :*
P.S. Dzisiaj poznałam słówka "Schwarzfahren" i "frische Luft" :)









O ile praktycznie poznanie znaczenia slow frische Luft, nie budzi grozy czy zastrzezen, to juz to drugie... Schwarzfahren... hm... mam nadzieje, ze w sferze li tylko teorii. Bo praktyka kosztuje chyba 40 eurasow :D
OdpowiedzUsuńK.
Spokojnie, Karinko, poznanie tego słówka nie kosztowało mnie nawet eurocenta ;)
UsuńWidzę zdjęcie ze studzienką - czyżby był to początek nowej tradycji? ;) Kamil
OdpowiedzUsuńKochany Kamyczku mój! Można powiedzieć, że zdjęcie ze studzienką to taka dedykacja dla Ciebie :)
Usuń